nocne ulice >> sobota, 17 stycznia 2009 22:28:27
a dziękuję, mam sie nieźle.
egzystuję spokojnie, bez większych emocji, a nawet jesli jakieś są - negują się przez swoją powtarzalność.
coraz częściej patrzę w lustro. z coraz mniejszym zaskoczeniem.
uśmiecham się do siebie. nienawidzę tego uśmiechu.
dawno temu już przyrzekłam sobie - nie okłamuj innych ludzi, a zwłaszcza siebie. to dlatego.
chociaż czasami przyznaję - nieskromnie podobam się sobie.
żyję szybko, umieram młodo. umieram każdego dnia, bo w środku coś nosi mnie, żeby wyjechać daleko stąd. spakować dużą torbę, kupić jeden Tymbark w plastikowej butelce, bilet na pociąg i usiąść w przedziale, zakładając nogę na nogę i po raz tysięczny udając Manuelę z "Wszystko o mojej matce" Almodovara.
chcę odjeżdżać stąd, trzymając w swojej dłoni twoją rękę.
chyba za wcześnie dorosłam. za wcześnie jestem gotowa do odlotu z domu. często tak myślę, myślę długo, i nagle przypomina mi się - przecież ja właściwie nie mam domu.
to pewnie dlatego czuję silne destrukcyjne pragnienie miłości - miłości szybkiej, namiętnej, uderzającej i zaskakującej, innej niż cały zasrany szary świat. a moze po prostu chcę powrotu do jedynej takiej miłości w moim życiu.
jeszcze nie pogodziłam sie z faktem, że dla mnie nie powinieneś istnieć.

tak więc jestem. chodzę po mieście, kupuję sukienki (rozmiar 40 - ciągle jest gorzej). jestem biseksualistką bez życiowego partnera, artystką bez konkretnej wizji, cichym obserwatorem, doświadczoną kobietą bez zmarszczek. czytam książki i próbuję pracować nad własną tak zwaną twórczością. muzyka przestaje byc moim lekarstwem, bo sprawia, że coraz więcej sobie wyobrażam. zaraz, kurwa, uwierzę, ze mogę latać. i polecę z jednego z tych wysokich okien w korytarzach starych kamienic, bo przecież to część eksperymentu. nie, nie rozumiesz, NIE CHCĘ się zabić, chcę tylko sprawdzić, co się stanie. część eksperymentu.
czytam za dużo Witkowskiego.
piję za dużo herbaty.
lubię przekraczać granice wytrzymałości.




komentarze [9]

Polska młodzież śpiewa polskie piosenki! >> piątek, 26 września 2008 12:46:35
Dziekuję wam bardzo za wszystkie miłe słowa, za to że czytacie, chociaż moze nie widać tego w ilości komentarzy, ale ja wiem...;) Proszę, tutaj kolejna, spłodzona w niejakich bólach porcja prozaicznego szaleństwa.



Przypomina mi sie scena z filmu "The Doors" Olivera Stone'a, kiedy naćpani muzycy wedrują po pustyni, a potem siadają w kręgu. "Wąż jest długi na siedem mil... Wszyscy jestesmy obrazkami na jego łuskach. Jezu... jest wielki.""Boję sie swojego ojca.""Zabij ojca, pieprz matkę"- radzi Morrison. "Czuję, jak wszechświat perfekcyjnie funkcjonuje...""Kłamałem. Boję sie."-mówi nagle Jim.

Zauważyłam ostatnio fascynująca zależność - że po przekroczeniu, powiedzmy, "magicznej 30" stajemy sie zupełnie innymi ludźmi. Ile to razy słyszałam od nauczycieli, starszych znajomych czy rozmaitych przyszywanych ciotek, jak mówiły o ludziach w moim wieku, ze "mają tyle pomysłów", "są tacy zdolni", czy też "chcą naprawdę zmienić świat!". I w takich momentach aż odechciewa mi sie żyć... Na szczęście są ludzie, którzy nawet dobijając do pięćdziesiątki wierzą w siebie i swoje pomysły, ale takich jest zaledwie garstka. Inny filmowy przykład: oglądaliście "Juno"? Była tam para adoptująca dziecko - Mark i Vanessa. Ona wiecznie zapracowana i goniąca za bogatą, nowoczesną rzeczywistością, on ze zmysłem artystycznym, grający na gitarze, pracujący w domu. Przy okazji kłótni Vanessa mówi do męża: "Dorośnij! Nigdy nie zostaniesz drugim Kurtem Cobainem!". I sa to cholernie raniące słowa kobiety w głębi duszy rozczarowanej swoim nudnym życiem.
Przykład trzeci. (Rany, będzie materiał na maturę! "Omów symbolicznie dorosłość na przykładzie wybranych fragmentów...") Marzyciele. Theo - Rewolucjonista '68 - kłóci sie z ojcem, przeciwnikiem walki o wolność w Paryżu, na koniec rzucając do siedzących przy stole domownikó: "Obym nigdy nie stał sie taki jak on..."

Nawet wiem, dlaczego tak jest, ze młodzież zawsze uważa sie za "przyszłość narodu": stare pokolenie nie ma siły powiedzieć "nie" wrogom z młodości i wysyła "świeże mięsko" do walki z obecnym systemem, przy czym jeszcze niektórzy udają, że ich to autentycznie bulwersuje. Czyli oblana wazeliną groteska na kółkach. Jednocześnie pisze sie całe książki o wychowaniu nastolatków (dżizas, jak ja nie cierpię tego słowa!), przedstawiając w nich obraz ludzi młodych (nawet tych po dwudziestce...) tak, jakby w zgodnej komitywie uparli sie miec PMS przez cały czas aż do 30 urodzin. Najlepiej siedzieć cicho, prawda? Nie wychylac się, nie szokować, nie przedstawiać własnego zdania i czekać...czekać...czekać... A czekać można choćby i do usranej śmierci, tylko że nie bardzo wiadomo, na co.
Tak samo z dobrą, mocna muzyką - panuje takie przeświadczenie, że w "dorosłym" wieku należy słuchać albo muzyki poważnej, albo radia ZET, opcjonalnie RMF, czyli tam, gdzie dają największy chłam dla ludzi pozbawionych gustu i słuchających "wszystkiego", i określają to mianem "przeboju". A najlepiej w ogóle nie słuchać niczego i zajać sie "Barwami szczęścia" na Polsacie, czy gdzie to tam leci.
Podobnie z włosami - jak masz długie, jesteś niedorosłym hipisem, na jakim świecie ty żyjesz, idź, kurwa, do fryzjera! A potem bądź takim samym przyciętym pod linijkę, pracującym od 8 do 16 i wściekającym sie na korki w mieście ścierwojadem. Kwintesencja? Obejrzyjcie "Trainspotting", popisowo przestawioną drogę z hedonistycznego piekła do biurowego "nieba"... i z powrotem.
Kolejna intetresująca, ale i irytująca zależność. Kiedy dorosły czuje się źle i odechciewa mu się żyć, z zazwyczaj konkretnych (ale nie zawsze!) powodów, powszechnie taki stan określa się depresją. Kiedy jednak nastolatek (oh, ta magiczna granica 20 lat...) z określonej wyraźnie przyczyny odczuwa ból psychiczny i potworną pustkę, problem wrzuca się do worka podpisanego "Dorastanie - zmainy nastrojów". Powiecie moze, że sie bulwersuję, że nadmiernie sie wzbraniam przed etykietką nastolatki... TAK, walczę o prawo traktowania ludzi przed 20 rokiem życia z należytym szacunkiem, a nie jak okazu badań psychologiczno - naukowych. Przy okazji: obejrzałam ostatnio na Youtube "Rozmowy w toku - mówią o mnie ciota, emo, krowa". I znów nasuwa się pytanie o definicję "normalności", "tolerancji". Dla mnie, jak już zapewne wspominałam, jedno i drugie nie istnieje - ludzie dla innych "kontrowersyjni", dla mnie po prostu są, będąc częścią świata, i albo są mi obojętni, albo ich bardzo lubię, ale nigdy nienawidzę. Kto oglądał "Rozmowy..." wie, o co chodzi, a chodzi szczególnie O Maćka - wyłączając fakt, że bardzo podobnego do Molka w Twenty Years, to poza tym bardzo fajnego człowieka o normalnych pogladach, może trochę naiwnego, ale bardzo ciekawego w środku. Maciek przyszedł z ojcem, naprawdę równym facetem, który, jak sie okazało, w pełni akceptował syna: i jego makijaż, i ubiór, i biseksualizm, i opinie. Fatalna była natomiast reakcja prowadzącej Ewy Drzyzgi, udającej, zdaje się, wszystkowiedzącą dobra nianię, a jeszcze gorsza - reakcja pani psycholog, która zaczęła naskakiwać na Maćka jako osobę, która "nie wie, kim jest", jest niepoważny, nie myśli przyszłościowo i "powinien się zdecydowac na jedną płeć". Tym samym psycholog autentycznie zaprzecza swojemu stanowisku osoby tolerancyjnej - stara się na siłę przekonać Maćka, że powinien się całkowicie zmienić, i nie przyjmuje jak widać do wiadomości pojęcia biseksualizmu... Żal, proszę państwa, żal na kółkach. Polski cyrk - są ofiary.

Mam kolegę, w wieku dwudziestu paru lat. Z tego co wiem, G. skończył liceum, zdał maturę, i dalej... teoretycznie "nie robi nic". Z jednej strony można pomyśleć: bez wyższego wykształcenia, przyszłości, pieniędzy. Biedny człowiek. Z drugiej jednak: szczęśliwy chłopak. Jeździ na koncerty, ma dziewczynę, jest wolnym człowiekiem o radosnym podejściu do zycia, rozwija się twórczo. Czego chcieć więcej? Niektórzy pragna o wiele więcej, i jest to pragnienie skrajnie niezdrowe. Odsyłam do teledysku "Slave to the Wage" Placebo i wizualizacji skutków niewolniczej pracy.

"Śniadanie na Plutonie":
-Mogę sie do was dołączyć, jak założę różowe okulary?
-Patrick, nie możesz choć raz w życiu być poważny?!
-Poważny, poważny... Znowu to straszne słowo... Nie mogę!
-Życie cię zmusi.

Pragnę tu zauważyć, że argument "Życie cię zmusi" jest dla mnie autentycznie śmieszny. Gdyby nie ludzie wolni, artyści, reformatorzy, rewolucjoniści nie powiedzieli od czasu do czasu "nie" ustrojowi, dziś żylibyśmy nie w państwie, ale w świecie totalitarnym. Życie nie polega tylko na powtarzaniu powielonego już przez miliony schematu: dobra praca, dom, rodzina, pieniądze, heteronuda i niedzielne obiadki. Chyba że komuś to wystarcza i po, powiedzmy, 30 latach nie wariuje...
Ale o tym, zdaje sie, było już w tym cholernie kontrowersyjnym felietonie o rewolucji sprzed kilku miesięcy, nieprawdaż?

Dziękuję za uwagę.



komentarze [1]

erotic store . >> środa, 25 czerwca 2008 22:51:48
Nie mam ani czasu (mimo wakacji), ani natchnienia na stworzenie konkretnego felietonu, chociaż rozmaite pomysły chodzą mi po chorej głowie. Napisałam jednak opowiadanie, czy coś w tym rodzaju. Inspirowane teledyskami Marilyna Mansona (ostatnio podejrzanie go polubiłam) - myślę, że może być ciekawe. Smacznego. I miłych wakacji.

Byli aktorami z powołania - mieli takie perwersyjne upodobanie, by zakładać maski, które dawały im satysfakcję. To ich podniecało.
Unosili się nad drewnianą podłogą swojego zakurzonego mieszkania w orgazmicznym uniesieniu. Tylko dlatego, ze to lubili. Właśnie dlatego byli artystami - ponieważ najbardziej ze wszystkich ludzi potrzebowali wolności, jaką daje tylko sztuka. Nie musieli bowiem nic, czego nie podyktowała im wyobraźnia. Jednak kiedy juz podsunęła im jakąś wizję, stawali się jej niewolnikami, opętanymi aż do momentu, w którym została wreszcie zrealizowana.

Tu nikt nie trzymał pałeczki pierwszeństwa, chociaż on czasami łapał się na uczuciu chciwej satysfakcji, kiedy prosiła, by obciął jej włosy. Niezbyt krótko.

Siedział na parapecie wśród potłuczonych butelek, tocząc agonalnie wokół wzrokiem alkoholowego skazańca. Było zimno - miał za sobą otwarte okno. Duże okulary w białych oprawkach już dawno przekrzywiły mu się na nosie, ale nie dbał o to. Był pijany, jakieś półtora promila, z czego nie więcej niż jedna dziesiąta sprawiała, że był pijany szczęściem. "To nie tak miało być", pomyślał. Miał być postrzegany jako gwiazda, tragiczna drag queen, która pod zbitą maską makijażu dobrze kamufluje swoje wnętrze. Bo też jego wnętrze nie było na sprzedaż; mógł je zdobyć jedynie ktoś wyjątkowy.

Skóra i szkło - światy zbudowane z cierpienia.
Zastanawiające: dlaczego żywi tak dużo uwagi poświęcają wyobrażeniu śmierci, umarłym, odbijającym się w lodowatej tafli lustra. Być może dlatego, że wyższość tego świata zawsze była świadomie wyczuwana przez żywych i przeradzała się w mimowolny, opentańczy strach przed nieznanym.
Nieznane mogło być przyjemne...

Ona wiła się w rozkoszy na zimnej, pogniecionej pościeli. Obrazy, jakie wytworzyła jej fantazja, dawały zaspokojenie, jednak w środku zostawiały uczucie ssącego niedosytu. Nie fizycznie, ale psychicznie odczuwała wyraźny brak czegoś gorącego pod żebrami.

Lubiła go czuć, dotykać jego kościstego ciała. Patrzyła, jak wije się pod byle muśnięciem jej władczej ręki. Jedynymi prawdziwymi nałogami, które posiadali, byli oni sami nawzajem. Uwielbiała, kiedy wsuwał swoją dużą rękę między jej albo swoje drżące uda. Potem łapczywie pożerali sie nawzajem oczami, chwytając każdy szczegół.

Jego głos ciął powietrze jękami rozkoszy. Wiedziała, że w każdej chwili mógł przestać. Mógł przestać, kiedy tylko by zechciała. W tym momencie, w tej sekundzie, każdy jego ruch zależał od niej.

On.
Zawsze lubił malować paznokcie na czarno. Teatr był dla niego jedynym miejscem, gdzie czasem, za cichym przyzwoleniem reżysera, mógł odgrywać gwiazdę: mężczyznę przebranego za dziewczynkę. To był jego sposób na rozładowanie napięcia. Jego pierwszy narkotyk... Drugim była Ona.
Chował się za ciemnymi okularami, nawet nie próbując ukryć tego, że woli brunetki, oraz gigantycznego wzwodu.

Ona.
O nieokreślonej orientacji seksualnej. Trochę, nieco, troszeczkę przekonana, że miała być chłopcem. Lubiła słuchać jęku mężczyzn, kiedy trzymała ich na dystans, każąc słuchać wypowiadanego jej pełnymi wargami słowa "fuck". Lubiła patrzeć jak cierpią, bo używała tego słowa mniej więcej siedem razy na minutę.

Obscenicznie wierzyli, ze dane im jest zaspokoić pragnienia konkretnego odbiorcy, a nie szarej masy, która pożre wszystko, co dostanie.
Cierpieli, marząc. Cierpieli, umierając z rozkoszy.

Kiedy umieramy, niebo jest fioletowe, pomyślała Ona.
On starł szminkę z ust niedbałym ruchem. Chciał, by jedyna czerwień, jaka się na nich znajdzie, należała do Niej.

Pierwszym celem w życiu jest przybrać pozę. Drugiego nikt jeszcze nie odkrył...
Ekshibincjoniści. Wystawiający na sprzedaż swoje ciała i twarze, które można było kupić głodnymi spojrzeniami.

Jedno jest pewne - kochają się.

komentarze [1]

Wszyscy artyści to prostytutki! >> wtorek, 20 maja 2008 19:54:03
Na początku chciałam Wam podziękować za wszystkie komentarze, o które się przecież specjalnie nie dopraszam... Fakt, bardzo mnie ludzie nie lubią. Podobno jestem niedojrzała, "CHCĘ SIĘ BUNTOWAĆ" [from: Bols], tylko narzekam, uważam sie za idealną, odcinam się od cech, które są według mnie udziałem tylko i wyłącznie innych. Ktoś mnie tu zrozumiał chyba nieco na opak... Ale cóż, jak powiedziałam, możemy sie pokłócić. Do tego służą blogi- do wyrażania poglądów. Ale jeśli ktoś nawet nie podaje adresu swojego bloga, zebym mogła sobie poczytać, co ON SAM ma do powiedzenia- to wybaczcie, to jest już żałosne.
Trudno, z cukru nie jestem, opinie biorę pod uwagę, ale nie zamierzam sobie nimi truć dupy. Tyle.
A propos, polecam dowiedzieć się co nieco, bądź może nawet obejrzeć w miarę możliwości sztukę "Marat-Sade" Teatru Modrzejewskiej w Legnicy. Też o rewolucji. I jeszcze jedno: nie jestem idealistką. Fuck off.

Sztuka jest jedynym celem w życiu, zaś potrzeba tworzenia- potrzebą najwyższą. I być moze matematyka jest królową nauk, a mnie jako humanistce nie dane jest wyrażać o niej negatywnych opinii, ale... Nawet wielkie umysły ścisłe przyznają, że bez humanizmu i rozwoju myśli nie byłoby współczesnego świata, a ludzie byliby nieporównywalnie głupsi. Dodatkowo, każda myśl, dziedzina życia, od jedzenia po seks, od turystyki do ubrań, moze stać się przedmiotem sztuki. Tą właśnie- wybaczcie mi, umysły ścisłe- posiadamy nad wami wyższość my, humaniści: potrafimy stworzyć coś z niczego, a "coś" być może będzie podziwiał świat. Umiemy myśli, uczucia, opinie przelać na płótno, papier, kliszę filmową bądź po prostu wykrzyczeć, gdyż nie mamy oporu w działaniu i trudności w przekazie. Nie no, znów mi zarzucicie, że uogólniam... Mówię więc: w dodatku każdy humanista jest inny. Mamy różne specjalizacje, mniejsze bądź większe uzdolnienia, a czasami żadnych! Jednak i tak potrafimy mówić, gadać, wrzeszczeć i nie siedzimy w twardej skorupie szablonu E=mc2.
Wiem, że to niezbyt godne pochwały - wydawać opinie o zdarzeniach i zjawiskach, w których centrum się nie jest. Mimo wszystko wezmę ten niechlubny przykład z Agnieszki Chylińskiej ("Machina"- felietony są świetne, aczkolwiek nie wiem, skąd autorka czerpie takie fachowe frazesy...) i powiem, co mi się w tym naszym świecie artystycznie nie podoba.
Powiem szczerze. Rzygać mi sie chce od tego, co niektórzy ludzie w naszym kraju nazywają "kulturą", "sztuką", bądź jednym i drugim. Dowodem ostatnia gala Fryderyków, na którą już zdążyły nawrzucać co inteligentniejsze persony w naszym kraju - z felietonistami Machiny na czele. Jak państwo zapewne wiedzą, nagrodę w kategorii "Debiut", czy tam "Nadzieja roku" dostał zespół Feel. PODOBNO ROCKOWY. Dostał, i zaraz rzucił się do reklamowania banku Millenium, co chyba mówi samo przez się o ich ambicjach artystycznych... Sama już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że najważniejsze w życiu są miłość i sztuka, i żadne sprawy finansowe nie mogą ich wyprzedzić. Stwierdzicie pewnie, że to podejście idealistyczne, jednak ja wolę ledwo wiązać koniec z końcem mówiąc prawdę, niż sprzedawać swoją twarz i swoją dupę na komercyjnych imprezach. Zresztą... to drugie ktoś by jeszcze moze kupił, ale to pierwsze? Nie rozśmieszajcie mnie.
I wiecie co? Chyba sobie kupię (albo raczej: zrobię...) naszywkę z napisem "NIE JESTEM EMO". Pieprzę te wszystkie czaszki, wielkie depresje i spodnie rurki - wolę się obsypać brokatem albo założyć podarte dzwony, bo, you know, posiadam wiele twarzy. Mogę być przedstawicielką jakiejkolwiek rockowej subkultury z XX wieku, bo wszystkie one w jednakowym stopniu mnie inspirują i zachwycają. Ale, litości... być moze prawdziwe, depresyjne, harde i wytrwałe emo istnieją, ale chyba muszą być brytyjskim (amerykańskim?) gatunkiem chronionym, bo w Polsce takowych nie widziałam. Ludzie tylko żałośnie udają, a ja stoję z boku i tylko pilnuję, by nie rzygnąć... Ja rozumiem, to wszystko kultura masowa - nie dziwmy się zatem, że tak zwane masy to miliony bezmózgowców. W waszym mniemaniu to, co mówię, jest oburzające? Pójdźmy sobie więc do najbliższego saloniku prasowego Ruchu, Inmedio, whatever. Sięgnijmy na półkę z prasą młodzieżową (cóż za okropne słowo, a fuj!...) i wyciągnijmy taką "Trzynastkę" albo "Bravo". Przyznaję się bez bicia, że jeszcze kilka lat temu zdażyło mi sie kupić któryś z tych tytułów, ale sama stwierdziłąm, że wypisywane tam idiotyzmy powodują u mnie odruch wymiotny. To jest właśnie "kultura masowa"- do ostatniej "13", jak zauważyłam dzisiaj będąc w kiosku, dołączono czarną perłę na srebrnym łańcuszku, przylepiona od spodu do czarnej tekturki, wokół której biegł różowy napis "EMO... EMO... EMO...". Jakby to byłą jakaś pieprzona mantra. Czy naprawdę ludzie zaliczający się do tej realnej, szarej masy nie widzą, ze to zwyczajnie śmieszy?! O, kurwa... no nie mam siły po prostu.
Dobra, żeby nie było, że potrafię tylko krytykować. W końcu miałam też napisać co nieco o sztuce.
Może to samolubne i na wyrost, że nazywam siebie artystką. Kimże innym jednak jestem...!? "Kobieto, puchu marny!", tak?! Nie. Może to wina wychowania i rodziny, że nigdy nie wytykałam ludzi palcami i zawsze potrafiłam odróżnić tandetę od piękna, które - kiedyś z dziecięca naiwnością, a z czasem z prawdziwą pasją - tak chętnie dostrzegałam i wyróżniałam. Może to moje przekleństwo, ze uzależniona od zapachu farb, gasnących świateł sal kinowych, tej ekscytacji przed premierą teatralną, nie potrafię znaleźć sobie w życiu innej drogi niż sztuka...? "Jesteś moją klątwą i przekleństwem, niedokończoną przyjemnością..." Jestem przygotowana na fakt, że w szeroko pojętej sztuce można albo być na szczycie, albo upaść na samo dno, ale jakoś mnie to nie przeraża... Bo co, kurwa, miałabym innego w życiu robić? Być jadowitą dziennikarką ze skłonnościami do pracoholizmu? Polonistką po wyższych studiach, ale i tak znerwicowaną, z 1000 albo mniej złotych miesięcznie na rękę? A może mam zdobyć któryś z tych teraz jakże pożądanych zawodów - socjolog, specjalista od stosunków międzynarodowych, tłumacz czy coś takiego, żeby potem zwariować i nie móc oddzielić pracy od życia? O, nie. Tylko sztuka daje wolność.
Może nie jestemuzdolniona jak Chopin, nie gram na dziesięciu instrumentach i nie rysuję portretów tak realistycznych, ze przypominają raczej zdjęcia, a rodzina i szkoła nie wychwala mnie pod niebiosa i nie wysyła na olimpiady edukacyjne... Fakt, bliżej mi raczej do Andy'ego Warhola. Taaak, jesli chodzi o plastykę - Andy to mój guru. Człowiek potrafiący zrobić coś z niczego, ironicznie hołdujący wszechobecnej amerykanizacji i zwracający uwagę na najbardziej codzienne przedmioty. Ale o to własnie chodzi w sztuce, czyż nie? Wszystko, powtarzam: WSZYSTKO może być sztuką. Geniuszy jest naprawdę niewielu, ale pomiędzy kategoriami "geniusz" i "beztalencie" jest ogromna przestrzeń, wypełniona przez ludzi, którzy po prostu mają coś do powiedzenia. Przyznam, ze czasami az słabo mi sie robi, kiedy czytam wydawnictwa w rodzaju gazetek szkolnych albo słyszę, ze znowu ktoś tam oszałamiająco utalentowany został wyniesiony na piedestał sławy. Sława to rzecz ulotna, a niektórzy z tych ludzi, o których często mówi prasa i telewizja zdobywają ją przy pomocy pseudoemocjonalnych wierszy "ojej, jak cierpię z miłości" bądź obrazów co prawda bardzo dobrze odwzorowujących modela, ale bez śladu oryginalności. A taka "sztuka" to moim zdaniem gówno i nie sztuka. Wierzcie mi, moja sztuka często również okazuje sie gównem. Nie każdy pomysł jest idealny, ale, cholera, trzeba próbować i mieć inwencję twórczą! Kurt Cobain powiedział kiedyś- a była to jedna z wielu, wielu mądrych rzeczy które powiedział- że sztuka już dawno się skończyła i od jakiegoś czasu wszystko, co już było, sukcesywnie się powtarza i odradza, tylko że w nieco zmienionej formie. I ja się nie łudzę, ze uda mi sie stworzyć coś nowatorskiego. Ale rysuję i śpiewam dla samej radości tworzenia. Bo sztuka służy opisywaniu świata, ot co! I tak, drogie dzieci, macie morał, kurwa mać.
Za dużo sie wyrażam?
Wiecie co?
Pieprzę to.
"Biohazard" (odsyłam do komentarzy w poprzedniej notce o rewolucjach) oburzała się, ze Sid Vicious był TYLKO ćpunem i NAWET NA BASIE NIE UMIAŁ GRAĆ. Ale jednak zostawił po sobie kawałek dobrej muzyki. Musze wam coś powiedzieć: jestem masakryczną wręcz fanką Placebo, ale oni nie są dla mnie jedynym i ostatecznym nałogiem muzycznym, bo umiem dostrzec ten cały ŚWIETNY rock'n'roll, co to się wokoło wyrabia. I jeśli będę miała kiedyś faktyczny, grajacy zespół (bo jak na razie, jest nieustabilizowany skłąd, trzy akordy, darcie mordy, tylko podobno moje teksty sa niezłe...) to najważniejsze będzie dla mnie żeby coś stworzyć, powiedzieć i mieć jeszcze przy tym zabawę. Tylko w filharmonii to co stworzysz jest brane na poważnie. A my w muzyce rockowej możemy sie wygłupiać, bo najwazniejszy jest przekaz. Więc idźcie z Bogiem (o ile istnieje) i twórzcie.

Bo, jak zwykł mawiać Keith Richards (zaznaczam, że gitarzysta najsłynniejszego rockowego zespołu świata!): "A co ja mogę wiedzieć, ja tu tylko gram na gitarze..."



komentarze [10]

"Children of the revolution"? >> czwartek, 17 kwietnia 2008 19:31:58
Czym jest dzisiaj rewolucja? Czy w ogóle jakaś istnieje?
Osobiście jestem zdania, że w dzisiejszych czasach niestety nikomu rewolucji robić się już nie chce. Młodzi ludzie, będący zawsze jej siłą napędową, mają tysiace innych "ważniejszych" zajęć zamiast zmieniania świata. Prawda jest taka, że potrafimy (albo może: potraficie?...) już jedynie narzekać. Że co to się dzieje z tym krajem, że pogoda brzydka, autostrady za krótkie, politycy zachowują się jak banda niewyżytych jaskiniowców, a zupa była za słona. Z drugiej strony oczywiście są manify i demonstracje, co prawda z grubsza bezkrwawe, ale niedługo- kto to wie, skoro w naszym kraju każdy, kto domaga się swoich praw, z miejsca jest uznany za rozpieszczonego, nietykalskiego pluszaka i/lub osobę, która robi z igły widły, przy tym wywołując nieprzyzwoite zamieszanie!

Bo rewolucja nie jest wytworną kolacją, nie można jej stworzyć jak książki, rysunku czy gobelinu. Nie rozwija się elegancko, spojonie i finezyjnie, ani delikatnie, przyjemnie i uprzejmie, powściągliwie i wielkodusznie. Rewolucja jest powstaniem, aktem przemocy, w którym jedna klasa obala inną...

Historia zna dziesiątki, a moze nawet setki przypadków, kiedy wszczynano rewolucje o słuszne cele, później krwawo je tłumiono i które były uważane przez władzę za niedopuszczalne wyskoki młodocianej, buntującej się niższej klasy. Prawda jest jednak taka, że bez tych rewolucji nie byłoby dzisiejszego świata i jego pozytywnych stron.
Miałam tu pisać trochę o czym innym, ale teraz wyglada na to, że wyjdzie mi recenzja ulubionego filmu, a także książki. Czy ogladaliście "Marzycieli" Bertolucciego lub czytaliście "Marzycieli" Adaira? Ja poznałam ten film jakieś 3 lata temu i od razu się w nim zakochałam- z książką zapoznałam się niestety dopiero bardzo niedawno. Niektórzy sądzą, że "Marzyciele" to tani pornos bez głębszych treści, perwersyjny i nieprzyzwoity, a do tego chwilami obrzydliwy. Nic bardziej mylnego. Nie zrozumie pewnie tego filmu ten, kto nie siedzi uszami i oczami w latach 60., kto nie zna historii Europy z tamtego okresu. Fabuła opiera się, oczywiście, na trójkącie trojga paryskich studentów- rodzeństwa Theo i Isabelle (w książce Guillaume i Danielle) oraz ich przyjaciela, Amerykanina imieniem Mathew. Ale poza seksem, w historii tej ważne miejsce zajmują również realia- studenckie zamieszki w Paryżu w 1968 r., krwawo tłumione przez policję, czy też zamknięcie Filmoteki Francuskiej. Od tych realiów historia trójkąta się zaczyna, w nich się toczy i na nich się kończy. A trójkąt stanowi swoiste "drugie dno" tej opowieści.
Bertolucci, mając do dyspozycji jedynie ograniczony czas ekranowy, a z drugiej strony również szalejącą cenzurę, nie mógł oczywiście wiernie odtworzyć choćby połowy akcji książki w swoim filmie. Rozumiem. zresztą każdy, kto przeżył trójkąt miłosny, czy choćby jego namiastkę, zrozumie, że nie da sie tego przenieść na ekran. Ale prócz wyrafinowanej gry miłosnej, ważne jest tu także rewolucyjne tło akcji: ludzie rzucający koktajlami Mołotowa, barykady na ulicach, wszechobecna policja strzelająca do studentów. Jak zauważyłam już w poprzednim felietonie, tym o religii (za który wielu z was miało prawo się obrazić... TRUDNO.), ci którzy walczą o pokój na ziemi i o równość wszystkich ludzi, są wyśmiewani i pogardzani przez całą resztę. Jak na mój gust, takie nastawienie wynika po prostu z braku lepszego pomysłu na zmianę świata. Od wieków ludzie sztuki i literatury głosili jedna prostą prawdę: nie zauważamy własnych wad. Ojcowie biją swoje żony i dzieci, by były im posłuszne, jednak kiedy kobiety wychodza na ulicę, są oburzeni: jak to! Przecież one nie mają prawa sie buntowac! Osobiście nie przepadam za ortodoksyjnym feminizmem, ale traktowanie kobiet i dzieci jako podludzi odpowiada tylko wariatom. Inna sytuacja: kiedy policja odkryje kolejną oburzającą sprawę pedofila, który molestował okoliczne dziewczynki, sąsiedzi wypowiadający się w telewizji mówią: to potwór! powiesić go! Torturować! W domu zaś zapominają, ze instnieje coś takiego jak bezstresowe wychowanie, wychowanie z miłością, w otoczeniu rzeczy pięknych i pięknych wartości moralnych, które kochający rodzic przekazałby swemu dziecku: przyjaźni, lojalności, szczerości.
Nie chce nam się. Co prawda, każdy musi mieć w życiu szaleństwo- jak na mój gust, duzo szaleństwa, przyprawionego szczyptą egoizmu: są chwile, kiedy cały świat gówno nas obchodzi, a istniejemy tylko my, my, my, nasza rodzina, kariera i przyjemności. I dobrze. Ale czy nie przyjemniej żyje się w świecie, w którym nie ma wojen i durnawych konfliktów o byle co ("Polska, mieszkam w Polsce, mieszkam tu, tu, tu..."- skąd my to znamy...)? II. połowa XX wieku była tak burzliwym czasem właśnie dlatego, że ludzie odczuwali potrzebę zmian. Żyli tymi zmianami i wierzyli w swój cel: odzyskać wolność i równość dla wszystkich. Ale proszę bardzo, jeśli ludzie dalej mają się mordować, drzewa umierać, dziura ozonowa się powiększać, budynki niszczeć od graffitti, a szyby maja być wybijane przez wandali bez pomysłu na życie, to wasz wybór. Zostańcie sobie w kapciach przed telewizorem, patrzcie jak wam rośnie sadło, a mózgi się lasuja od tego wszystkiego, co śpiewa i tańczy na lodzie oraz pięćdziesięciu seriali na dokładkę. Tylko nie narzekajcie potem, jesli zmarnujecie życie, nie zrobiwszy nic dla świata, a pewnej nocy przez okno wleci kamień, a ulica wejdzie do domu. Tak było w 1968 roku w Paryżu. Ale może wydarzyć sie wszędzie, w każdej chwili.
Dzisiaj ludzie skupiają się jedynie na dążeniu do przodu, rozwijaniu pędzącej cywilizacji, na śmierć zapominając o tym, że wszystko, co mamy teraz, wynika z przeszłości - bez jej odkryć nie mielibyśmy szansy na rozwój. Dlatego nie rozumiem ludzi, którzy pogardzają starszymi osobami wspominającymi czasy wojny i walki o niepodległość Polski. Ależ skąd, nie jestem patriotką! Co najwyżej- patriotka lokalną, przywiązaną cholernie do swojego rodzinnego miasta Łodzi. Ale dla tych osób starej daty, wspomnienia są wszystkim, co posiadają- bo prędzej czy później nasze ideały, o które walczyliśmy, oraz wszystkie małe i wielkie rewolucje w proch się obrócą. Świat goni bowiem za nowymi priorytetami- teraz, kiedy podzieliliśmy się na wykształciuchy i prostaków, na metali i skejtów, na biednych i bogatych, o co można walczyć wspólnie...? Każdy ma jakieś inne pragnienia, każdego bulwersuje co innego. Może was to oburzy, ale zawsze będę wyznawała zasadę, że nie można być inteligentnym i wrażliwym człowiekiem, słuchając naprawdę głupiej muzyki, będąc zamkniętym w pudełku chorej nietolerancji czy mając za jedyną rozrywkę komputer. Te cechy po prostu zabijają w nas chęć walki o słuszne cele.
Podsumuję: punki sa potrzebne. Hippisi są potrzebni. Potrzebna jest każda zbiorowość i każda jednostka która chce cos zmienić tak, by wszystkim żyło sie lepiej. A kiedy rzeczywiście coś zacznie się zmieniac, może zmienią sie nieco również ci, którzy stali po przeciwnej stronie barykady. Bo zginęło już za dużo ludzi, byśmy mogli zlekceważyć potrzebę wielkiej rewolucji.

komentarze [12]

"...Aż zostaniesz zdalnie sterowaną dziwką..." >> niedziela, 2 marca 2008 00:38:36
Dawno mnie tu nie było, jednak prowadzenie kilku blogów naraz oraz ogólne udzielanie się w sztuce wymaga poświeceń. Przepraszam zatem i nadal zapraszam do czytania.

"Wiara jest naturalną potrzeba człowieka", a "każdy człowiek jest biseksualistą" (to drugie według Zygmunta Freuda). Ale, do cholery, czym dzisiaj jest dla nas to coś, co nazywamy wiarą, bo mamy potrzebę posiadania w życiu jakiegoś celu i usprawiedliwienia dla naszego postępowania? Powiem otwarcie i szczerze: nie lubię ludzi, którzy w życiu nie potrafią obejść się bez Boga, modlitw i składania pokłonów oraz ofiary czemuś, co tylko żarliwa wiara trzyma przy życiu w ich umysłach. Jeśli Tam Na Górze siedzi ktoś lub coś, co jest na tyle łaskawe, by kierować naszym zyciem, na pewno to coś/ktoś nie żąda od nas męczennictwa graniczącego z obłędem, biczowania się i zabijania w imię wiary. Być może te dwie pierwsze metody dziś są rzadkimi przypadkami, ale zabijanie bliźnich również dzisiaj jest na porządku dziennym. "Kochaj bliźniego swego"- dzisiaj najczęściej łamane przykazanie (jak trafnie zauważył to również Ryszard Kapuściński w "Anatomii zabijania"). "W kościele mówią, że bliźniego kochać masz, mordercy pokazują mi Chrystusa twarz" (to już Muniek Staszczyk oczywiście). Problem w tym, że tak zwane Moherowe Berety, siedząc w kościele wpatrzone w święte obrazy widzą tylko Boga, ich jedynego idola i władcę. Natomiast gdy wyjda ze świątyni, gotowe są opluwać i nienawidzić wszystkich ludzi, którzy są innego wyznania, narodowości (przy czym dziwna sprawa- bardziej toleruje się tu Europejczyków niż na przykład ludzi czarnoskórych), poglądów politycznych, słuchają "oburzającej" muzyki, są homo albo bi, czy też nietypowo wyglądają. Rzędy w kościołach są dzisiaj zapełnione przez ludzi, którzy, na tyle słabi by znaleźć sens w codziennym życiu, jedynego skutecznego i ostatecznego rozwiązania szukają w Bogu. Natomiast gdy wracają do domu, są gotowi kłócić się, rzucając przekleństwami z częstotliwością, jaką osobiście ja rzadko toleruję (czyli BARDZO dużą), ciskać w siebie porcelanowymi naczyniami, bić się i drapać nawzajem, przy okazji wplątując w to wszystko własne dzieci i chcąc niechcąc sąsiadów. Aż do następnej niedzieli, do następnej spowiedzi i następnego kazania, na którym wszyscy będą kiwać głowami w udawanym zrozumieniu, że niby "kazanie bardzo do nich przemawia i czują, że dzięki temu mogą się zmienić". Ludzie idą do kościoła wystrojeni i wypachnieni, by bezmyślnie oddać cześć Bogu, a nastepnie sponiewierać tę wiarę, łamiąc większość przykazań, w które podobno tak wierzą. Ludzką rzeczą jest błądzić, ale Kościół za łatwo wybacza niektóre czyny ludzkości (to też słowa Kapuścińskiego). Co najmniej podejrzana jest też gorliwość, z jaką ludzie w moim wieku idą na spotkania i zdają kolejne modlitwy oraz egzaminy z treści Biblii, by potem pójść do bierzmowania. Nie wiem, po co to wszystko, skoro jeśli chodzi o wiarę, symbole mają akurat najmniejsze znaczenie. Nie można bowiem chwalić gołąbka pokoju, na codzień lubując się w przemocy i agresji, jak też nie można kilka razy do roku pościć, w pozostałe dni obżerając sie mięsem, które jest przecież ofiarą złożoną z żywotów niewinnych zwierząt. Według Kościoła, zwierzęta te "nie myślą", "nie czują", jak i również "nie posiadają żadnych uczuć wyższych i inteligencji". A święty Fanciszek to niby co, nagle nieszkodliwy wariat, tak?!
Podobno Bóg kocha każdego człowieka- we współczesnym społeczeństwie i kościele jedyną osobą respektującą tą zasadę wydawał mi się Jan Paweł II. Polski papież był człowiekiem łączącym ludzi na całym świecie, który umiał znaleźć wspólny język z Dalailamą, przedstawicielami judaizmu oraz wyznawcami Allaha, bo nieważna była wiara, ale człowiek i jego podejście do świata. Wiara usuwała się na dalszy plan, najważniejszy był pokojowy dialog między ludźmi różnych narodowości. Po śmierci papieża była wielka pompa wartości chrześcijańskich, ludzie łączyli się ze sobą i godzili w imię, hmm, "wiary i miłości". Minęły, o ile mnie pamięć nie myli, trzy lata i co? Opadły pozytywne emocje, opadł nawet szum marketingowy, czasami wspominamy tego "wielkiego człowieka", jakim był Jan Paweł II, i wspominamy jego przykazania, ale co poza tym?
Ludzie poddają się dzisiaj wszechobecnej wojnie i przemocy, bo zwyczajnie nie mają już siły. Zaś młodych (przeważnie) punków i pacyfistów nie szanuje sie, bo "są nieczyści i niegrzeczni", uprawiają wolny seks, "biorą narkotyki" (czyli palą trawę, bo ciężkie dragi to już działka dyskotek), no trzymajcie mnie!!! I nie chodza do kościoła, są ateistami. Grzech paskudny, nie ma co. Jesli się nie wierzy w Boga, tego chrześcijańskiego przez duze Be, to nie ma siły, żeby ten właśnie Bóg weryfikował nasze uczynki i sądził nas po śmierci! To jest totalny absurd, proszę państwa. A te "brudne ćpuny i hipisi", którzy "myślą tylko o sobie i o dobrej zabawie", tak naprawdę mają bardziej rozwinięte życie duchowe niż niejeden przykładny chrześcijanin. Wiem co mówię, ponieważ teoretycznie należę do "tych ćpunów i hipisów, co słuchają rocka" i znam naprawdę mało podobnych do mnie osób, które lekceważyłyby sobie sprawy duchowe i estetyczne. Tyle że religia jest dla mnie sprawą czysto teoretyczną, w którą zagłębiam się z ciekawości i nie traktuję jej jako życiowego drogowskazu, nie trzymam się jej kurczowo, choć na pewno niektórzy ludzie tego potrzebują. Albo są na tyle zaślepieni że wydaje im się, ze jej potrzebują. Obchodze Boze Narodzenie i Wielkanoc, podziwiam obrazy religijne i słowa chrześcijańskich świętych z czystej tradycji i samego uznania dla nich. Traktuję wiarę jako pewną propozycję, która odgrywa w życiu ważną rolę, ale nie tak ważną, by zasłaniała wszystko inne.
Zaznaczam, że nie mam tu na celu obrażenia czyichkolwiek uczuć ani pogladów, a jedynie prezentuję swój punkt widzenia. ja jestem ateistką, choć ze wszystkich znanych mi religii najbardziej odpowiadają mi przykazania religii buddyjskiej. Jednak ateista to człowiek wolny i tego zamierzam się trzymać.


I co, podobało sie? Następnego wpisu nie obiecuję szybko, ale na pewno będzie. See you, bye, love.
komentarze [6]

Wracam, witam, dziękuję. Po Świętach, Nowym Roku, Wielkich Doznaniach Kulturalnych. >> niedziela, 20 stycznia 2008 22:30:06
Boże Narodzenie, Sylwester, Nowy Rok- a więc Sczęśliwego Nowego, a ja tu się zbieram, by napisać, i zebrać się nie mogę. Ale stało się, macie. Proszę bardzo.
Sława jest cholernie pociągającym narkotykiem. Istnieją setki filmów, w których ludzie, którzy w jednej chwili mają zespół, uznanie i miłość, w drugiej tracą wszystko i są pokazywani jako żałośni, a przynajmniej nieszczęśliwi emocjonalni nieudacznicy. Jednak oczywiście przede wszystkim są szaleni i pragną się bawić bez zahamowań i całkowicie po swojemu. I właśnie dlatego warto zaryzykować, ponieważ moim zdaniem brak szaleństwa w życiu pozostawia kurewskie uczucie niedosytu.
Wiem, co mówię, mieszkając w mieście, w którym nie ma ŻADNYCH interesujących ludzi ani koncertów.
A wszystko to uroiło mi się, ponieważ na fali mojej nie kończącej się nigdy miłości do Placebo uzależniłam się również od glam rocka, T-Rex i czystej stylistycznej (ale nie tylko...) perwersji. Jestem skrajnie eklektyczną osobowością, choć na razie na szczęście mam w miarę dobry kontakt i kontrolę ze swoim mózgiem. Zauważam tylko pewne rażące skrajności i to, że ciągle odkrywam swoje nowe oblicza. Umiem wpasować się kulturowo właściwie w każdą dekadę od początku XX stulecia. I tak, po kolei, nie mam nic przeciwko przedwojennym trzeszczącym płytom i retro-stylistyce (jaką w ostatnich latach promuje na nowo, powiedzmy, Dita von Teese), przeciwko francuskiej kulturze z lat 50. i 60., na przykład Edith Piaf. Potem chronologicznie jest poczatek rock'n'rolla, Beatesi i początek Stonesów (jestem ich wierną fanką nie tylko ze względu na muzykę, ale też na to, jak doskonale zakonserwowały ich hektolitry Jacka Daniel'sa, tony papierosów i narkotyki, oraz, oczywiście, ich własny zespół).Później lato miłości, pacyfistyczna i seksualna rewolucja, przystanek Woodstock, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Doorsi, The Byrds, The Mamas and The Papas i cała ta hipisowska wataha. Potem przeskok do lat 70., potem 80., epoka najpierw disco i fenomenu Abby (choć przyznam szczerze, że takiego Bee Gees to już naprawdę nie znoszę), a potem właśnie brokatu, niebieskich włosów, szali boa, koturnów, obcislych wdzianek z winylu oraz glam rocka. Później było trochę popowego pitolenia i Michael Jackson oraz epoka nieposkromionego kiczu (patrz kultowy musical Grease). No, dobra, może poza ogólną otoczką przyjemnego kiczyku dawkowanego bardzo ostrożnie, w tych dwóch ostatnich nie było wiele dobrego. Ale potem nadszedł grunge... i, kurwa, zaczęło się dziać. Choć niektórzy uważają, że była to typowo szczeniacka i młodzieżowa rewolucja, to przecież Nirvany i Pearl Jam, Alice in Chains i Soundgarden słuchają dzisiaj ludzie w każdym wieku. A potem, w roku '96, objawiło się Placebo. I nic już nie było takie jak wcześniej. A lata 2000' tu już tak zwana Nowa Rockowa Rewolucja. Też znamienita i wspaniała, bo wniosła na rockowa scenę świeżość i nadzieję.
Jak powiedział poeta, bodajże Shakespeare (wybaczcie mi ewentualną sklerozę), "życie to scena, a ludzie to aktorzy, którzy kolejno pojawiają się na niej i znikają". To jest właśnie szczera prawda.
Stałam się ostatnio dosyć bezproduktywna twórczo, co mnie, nie ukrywam, nieco martwi. To znaczy, pomysłów mam od zajebania (jak to mówi MZ., moja droga przyjaciółka). Rzecz w tym, że przeważnie albo nie mam materiałów do realizacji, bo zdobycie wielkich płaszczyzn drewna, piór i srebrnej farby oraz innych plastycznych specyfików wymaga sporo przestrzeni i zaangażowania, albo nie mam też czasu. I tu dupa. Do tego jeszcze dochodzi kwestia edukacji i przyszłości, wciąż frapująca mnie niesamowicie i poważnie mnie niepokojąca.
Wiem, że brzmi to tak, jakby próbowała za wszelką cenę wytłumaczyć się ze swoich życiowych metod postępowania i, od czasu do czasu, porażek. Przyznam, że tak trochę jest- czasem potrzebuję wytłumaczyć się przed samą sobą i spisać w logicznej kolejności wydarzenia, które mogą doprowadzić mnie do sukcesu, albo do upadku.
Pitolenie zupełne, no zamieniam się chyba w fankę blogowania dziennikowego (zjadłam, spałam, byłam. Nudziarstwo.). Żałosne, wiem, wiem... Jednak jak już chyba kiedyś mówiłam, najlepsze pomysły na felietony miewan w wannie, na lekcji wf-u lub w innych najmniej sprzyjających okolicznościach. Wybaczcie. Kiedy więc dopadnę komputera, piszę, co akurat wpadnie mi do głowy. Dziś więc o ideologii imprez.
Więc, jak zauwazyliście, większość z nas miała ostatnio święta i sylwester. Czas żarcia, prezentów i obijania się, spotkań z rodziną i przyjaciółmi. Jednak ostatnia noc w roku- nie wiedziec czemu, uczyniona przez popkulturę wyjątkową- zawsze nosi jakieś szczególne znamię.
W naszym społeczeństwie panuje pogląd, że to w Wigilię ludzie powinni zapominać o wszelkich kłótniach i w błogiej atmosferze wszechobecnej miłości i pacyfizmu wspólnie świętować pod rodzinną otoczką ciepła i bogactwa. To może swoją drogą w niektórych domach, ale... Ja od kilku lat mam święta co najmniej nie bardzo familijne, a w tym roku moja ukochana "rodzina" osiągnęła chyba apogeum. Sama wigilia trwała chyba ze cztery godziny, w tym dwie na wsadzanie naczyń do zmywarki i palenie papierosów pomiędzy daniami wytrawnymi a deserem. Osobną groteskę stanowiły prezenty. Nie narzekam, ale widać olbrzymią niewspółmierność: im więcej lat, tym mniej prezentów, do cholery, rozumiem, że nie wiadomo co kupić dziadkom i ciotkom, ale nastoletniej latorośli? Czy szanowna rodzina nie zauważa, że trzech najmłodszych dzieci nie widać juz spod góry pudeł i papieru do pakowania, podczas gdy czworo dzieci starszych dostało po dwie malutkie torebki?
Nie zrozumcie mnie źle. Nie chcę dostawać nie wiadomo ilu wyszukanych i drogich prezentów, ale pragnę tylko zdrowego zachowania równowagi w domu. Zwłaszcza że moja pięcioletnia siostra rośnie na rozpuszczoną diabelską małą Paris Hilton.
I pomiędzy puszczaną przez mojego brata Nirvaną a Metalliką cieszy się niezmiernie, gdy usłyszy w jego pokoju jakieś techno.
Dom wariatów, proszę państwa.
Ale dość użalania się nad moją wątpliwej jakości rodziną, która pewnie mało was interesuje. Przejdźmy do Sylwestra.
Alkoholu było dużo (plus uwaga rzucona w kolejce do kasy w Carrefourze: "jesteście pewni, że wypijemy te cztery litry wódki...?..."), osób było wraz ze mną siedem. Dziewczyny w mniejszości, bo sztuk trzy, minus jedna zajmująca na pół wieczoru sypialnię do spółki z jednym. Ale o tym sza.
No i tak. Było: sikanie na balkon (szkoda tylko, że było kilka stopni mrozu i wszystko zamarzało), zepsuty kibel i woda wylewająca się na korytarz, Pała Wodza (czyli wielka indiańska tuba do grania tudzież palenia papierosów i dmuchania dymem...), oraz podpalanie kaktusów na zmywacz do paznokci (to juz męska część towarzystwa, oczywiście). Oraz dyskusje na temat rozmnażania się kotów ("jak one to robią, skoro nie widać, czym to robią"), a także jak przydatna mogłaby byc lodówka na mysich łapkach, która sama przychodziłaby z kuchni, obita mysim futerkiem i napchana piwem. Typowo męskie tematy. Tudzież nieograniczone kopcenie papierosów (zaznaczyć tu trzeba, że co złego, to nie ja...), dopijanie resztek wina (to już ja!) i rzewne wyznania w stylu "niech powróci nasz trójkąt, nigdy nie przestałem was kochać" (mój żałosny brat). Milutko.
Niektórzy sądzą, że to Gwiazdka łączy i zażegnuje konflikty, moim zdaniem jednak ludzie godzą się w Sylwestra. I na tym zakończę.

Ah! I jeszcze notka kulturalna. Kilka dni temu byłam- SAMA niestety, a jakże- na filmie "Śniadanie na Plutonie". Gatunek muzyczno-dramatyczno-komediowy. Doskonały jak język francuski w ustach Briana Molko. Opowiada o młodym irlandzkim chłopaku, dziecku księdza i sprzątaczki. Który każe mówić na siebie Kicia i uwielbia kiecki swojej macochy. Film rozgrywa się na tle wojny domowej w Irlandii i oprócz bezgranicznego dowcipu posiada równiez smutne epizody: bliski przyjaciel Kici ginie od wybuchu bomby, a drugi zostaje zabity przez przeciwników rewolucji. Święty Patrick, czyli Kicia, w końcu staje się Patricią (to znaczy nie przyznaje się do posiadania chromosomu Y i podaje za kobietę...to lepiej:), zamieszkuje ze swoją wieloletnią przyjaciółką, której pomaga wychowywać dziecko (i z tego co zrozumiałam-płodzi drugie), oraz odnawia zdrowe kontakty z ojcem-księdzem. Jeden z niewielu fimów, które choć smutne, kończą się dobrze i podnosza na duchu. Do tego rewelacyjna muzyka (T.Rex! T.Rex! Mój ukochany T.Rex!) i śliczny Cillian Murphy. To znaczy śliczny w tlenionych loczkach i makijażu.
A poza tym, ciągle muzyka. W uszach Led Zeppelin (wznowiona, acz i tak nieustająca mania), Pink Floyd, a na dokładkę, coby pofolgować wegetariańskiej, wrażliwej i solulowej części mojego charakteru, Norah Jones oraz zawsze świetna muzyka z "Amelii".
Dobrnęliście aż tutaj? Gratulacje, pięciokilowy worek obciętych paznokci w nagrodę za wytrwałość. Wyślę za pobraniem. Jeszcze tylko egoistyczna autoreklama:
Stałam się współautorką bloga o Placebo i filmie Velvet Goldmine, którego piszę razem z Nattie i Megan (oklaski! To ta laska od Placeboskich opowiadań). Na razie startujemy, ale zapraszam, zapraszam. http://velvet-goldmine.blog.onet.pl/
Or(g)az(m). Zapraszam też nieustannie na mojego photobloga- postaram się, by nie przyćmił moich felietonowych dokonań z nic-normalnego. A zresztą, nie wiem czy chce wam się oglądać mój masakryczny ryj. Ale. http://applevirgin.photoblog.pl/
Dziękujem i zapraszam ponownie. Pa!


komentarze [7]

Brian, my Sweet Prince, you are 33 years old now! >> poniedziałek, 10 grudnia 2007 19:41:12
Poprawka do ostatniego wpisu:
Czytajcie, lecz zważcie u siebie: kto nie zaznał Placebo ni razu, ten nigdy nie może być w niebie...
Wiem, wiem, Adaś Mickiewicz przewraca się w grobie.
Ale dzisiaj są Briana urodziny!!!
Na moim photoblogu (http://applevirgin.photoblog.pl) znajdziecie dokładniejszą relację z obchodów święta. A świętować jest co, bo oto kochany Nancy Boy dożył nam w (mam nadzieję) zdrowiu i radości lat TRZYDZIESTU TRZECH, a nie jak niektórzy powiadają, trzydziestu pięciu. Wiem co mówię, bo czytałam ostatnio wywiad z Bri, który ukazał się dość niedawno, a w którym stwierdził on ostatecznie, że urodził się w roku 1974. No to policzcie sobie już sami.
I do cholery, przeczytajcie poprzedni wpis. Pozdrawiam wszystkich. Molków szczególnie. Prawdziwych kochanków Placebo.
komentarze [4]

Every me and every you. >> środa, 5 grudnia 2007 21:43:43
Od dobrych kilku dni bez przerwy po głowie plącze mi się utwór "Centrefolds", oczywiście Placebo. Pianino, nie wiem, może fortepian. "Come on fallen star, I refuse to let you die...". Głos Briana. Wielki smutek czuć w tej piosence, jak również wywołuje ona smutne wspomnienia i myśli.
Ponad wszystko stawiam w zyciu miłość, przyjaźń i muzykę. Ponad pracę i pieniadze cenię o wiele bardziej towarzystwo najblizszych, ich zdrowie, naszą wspólną siłę. Tylko kto jest mi bliski?
"Centrefolds" według Briana opowiada o ludziach, którzy utracili własną osobowość na rzecz mediów, z twarzy i ciała uczynili towar na sprzedaż, zapomnieli się w pogoni za sławą. Sława i przyjaźń to niebezpieczne połączenie. Sława w ogóle jest niebezpieczna, porównywalna w swym działaniu do narkotyku, którego można raz spróbować, i najczęściej wciąga od razu, a ponadto, by wciąż czuć się dobrze, trzeba ciągle "ćpać" sławę, co wymaga wielu wyrzeczeń. A w końcu, jak wielokrotnie przekonała się już popkultura, może i śmierci.
W ilu to już znanych nam filmach przewijał się następujący scenariusz: ludzie, którzy na pocżatku życiowej drogi bardzo się kochali i cenili, pod wpływem czasu i sławy stali się dla siebie obcy i zimni. Jak duzo błędów trzeba popełnić, by w niedawnym najlepszym przyjacielu widzieć wroga??? Jak bardzo trzeba się od siebie oddalić, by do dawniej najblizszej osoby czuć już tylko chłodny szacunek... To właśnie pułapki życia na świeczniku, które samo w sobie jest sztuką. Pozornie nic o tym nie wiem, ale martwię się licznymi przypadkami autodestrukcji i podziwiam nieliczne jednostki, które potrafia zachować normalny rytm życia przy jednoczesnym ciągłym przebywaniu w swietle fleszy.
Nie wiem co bedzie dalej, dni stają się coraz bardziej niezorganizowane. Jeśli w przyszłości-całkiem bliskiej przyszłości- uda mi się wywindować swoją osobę, solo lub z zespołem, na taki czy inny piedestał, jestem ciekawa, kiedy w takim razie z niego spadnę i jak głośno dupnę o ziemię.
W "mądrych" czasopismach dla kobiet, które kupuje nałogowo moja matka, tzn. w "Wysokich Obcasach" oraz w "Zwierciadle", bez przerwy czytam listy bizneswomen, które w pogoni za karierą utraciły prawie całkowicie kontakt ze swoimi, cytuję, "przyjaciółkami z liceum". Żałują, że ciągle przekładają z nimi spotkania, i ciagle obiecuja sobie, że "w przyszłym roku pojada pod namiot i będzie jak dawniej". Wiem, każdy przyjaźni się na swój sposób, ma inna potrzebe rozwoju i sposobu kontaktów międzyludzkich. Ale jednego nie moge pojąć- jak można, będąc przyjaciółką jedynie weekendowo-świateczną, oczekiwać bliskości i braku skrepowania na tych wyjazdach pod namiot raz na tak zwany ruski rok. Wiem, nie każdy ma przyjaciół od serca, od przedszkola, niemal od urodzenia, będących jako takimi członkami rodziny. Ale jeśli ma się już kogoś tak cennego- a ja na szczęście mam- to trzeba tę przyjaźń pielęgnować bezwzględnie i OBUSTRONNIE.
Mam dwoje najlepszych przyjaciół, na pewno nie raz o nich opowiadałam. Z jednym z nich juz dawno utraciłabym kontakt, gdyby nie to, że jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności ów przyjaciel jest synem kobiety mojego ojca. Kiedys spedzaliśmy ze soba każdy możliwy dzień, dokładnie znałam i znam do dzisiaj wszystkie jego odruchy, ulubione słowa, jego charakter. Dość powiedzieć, że również każdy centymetr jego ciała, i nie tylko pod wzgledem seksualnym, przecież od dzieciństwa sypialiśmy obok siebie, kapaliśmy się w jednym basenie. A od roku jest to przyjaźń jednostronna. Czy może być większy ból od straty kogoś, kto przeciez ciagle istnieje, ale jest coraz dalej? Ujmijmy to tak: widze M.K., słyszę M.K., ale go nie czuję. Boli.
Za to moja przyjaźń z trzecim kątem naszego dziwnego trójkata ma się, jak zawsze, znakomicie. M.Z. jest, była i zawsze bedzie osoba, której moge powiedzieć absolutnie wszystko. Patrząc na najblizszy przykład- moja mamę i jej "najlepsza przyjaciółkę", mogę stwierdzić, że przy stopniu zżycia moim i M.Z. ich stopień integracji jest niczym. Nie to, żebym cokolwiek wyrzucała matce bądź ciotce- może one po prostu nie potrafią tak pokierować swoją przyjaźnią, zresztą nie znaja się tak długo jak ja i M.Z., ale to ich prywatna sprawa. Mnie i M.Z. mimo upływu lat (rok 2007 jest 12 rokiem naszej przyjaźni) i zmian, jakie zaszły w naszych charakterach, wciąż zyje się w jak najlepszej symbiozie. Jezu, jak się cieszę. Dziekuję.
Po co opowiadam wam to wszystko, po raz kolejny dając upust mojemu galopującemu ekshibincjonizmowi? Cóż, może własnie po to, by rozważyć siłę i cenę miłości. A teraz coś z innej paki.
Everybody comes to Hollywood.
Tak zwana Scena na Piekarach. Premiera sztuki "Hollywood", w której zagrały (i to świetnie!) moje jedyne tutaj przyjaciółki. Znałam w zasadzie całą obsadę. Tłumy ludzi, wielu mi znanych, ale też trochę groteski. No pewnie, nie mogło zabraknąć jakiś idiotycznych szkolnych wycieczek, które, oczywiście nic z całej sztuki nie rozumiejąc, scenę pocałunku dwóch męskich bohaterów potrafiły skomentować natychmiast tylko głośnym "UUUU". Ale do rzeczy.
Scena na Piekarach to zaniedbany budynek o aparycji przychodni zdrowia, z odpadającym tynkiem i łuszczącą się farba. Scena jest małą, a widownia siedzi na jej skraju. Sztukę przygotowywał Goniec Teatralny naszego miejscowego teatru. Tłok straszny, tylko dlaczego nie wchodzimy do środka, pytam się, no dlaczego. Pod budynek, umiejsowiony wśród bloków, podjeżdża biała limuzyna, wysiada koleżanka K. i kilka jeszcze osób. A w korytarzu, już od wejścia, porozwieszane plakaty: "Nowa płyta Merlin", "Merlin wyznacza trendy", "Merlin-symbol seksu". I wszędzie na tych plakatach twarz koleżanki K. w platynowej peruce. Właściwa zapowiedź spektaklu.
W końcu, gdy tłum jakoś się rozlokował (to wyczyn był. WYCZYN, powiadam państwu!) włączone światło ukazuje koleżankę K. siedzącą przy stoliku. Oczywiście wino w kieliszku niezbednym jest tu rekwizytem. Mówi ona. "Robiłaś to juz tysiąc razy. Jesteś zimną, płodną, twarda profesjonalistką. Taak, bardzo dobrze". Potem konferencja prasowa, na której padają histerycznie wykrzyczane zdania o aborcji dziecka Marilyn. Kolejna scena: kłótnia między Piotrem (w tej roli G.), a Matka Piotra (cudowna A.). Despotyczna matka, wielbicielka castingów, chcąca zrobić z syna gwiazdę, sprzeciwia się jego pójściu na imprezę. Temat niby popularny, ale za to jak przedstawiony. "Seks, narkotyki, alkohol- nie myśl sobie, że pójdziesz!". "Pójdę", mówi Piotr, wychodzi i tego samego wieczora całuje się z mężczyzną. Robi to z miłości i na trzeźwo. Ale.
Nastepna scena. Marilyn i Piotr siedzą na ławce, nie znając się, w milczeniu. Marilyn pyta: mały, coś ty taki smutny? Coś się stało? Piotr: nie, nic. Tylko że... Właśnie umarł mi chłopak. Marilyn:-Ej, nie no, co ty, nie smuć się...Zaraz, jesteś GEJEM?! Piotr:-Tak, a bo co? Marilyn: (słynny tekst koleżanki K.)-Boże, pedalstwo się szerzy!
Spektakl (swietny!) zaczyna się teledyskiem z koleżanką K. jako Marilyn w roli głównej do piosenki "Hollywood" Madonny, a kończy zbiorową dyskoteką, w którą aktorzy wciagają publiczność z pierwszych rzędów, przy dźwiękach "American Pie"(równiez Madonny). Scenariusz to moim zdaniem celna przenośnia stylu życia gwiazd i gwiazdeczek, o jaka zreszta zespołowi aktorskiemu chodziło. W "Hollywood" nie można ufać nikomu, mozna jedynie zatracać się w uzaleznieniach, depresji i samotności, goniąc własny ogon. To się nazywa sztuka mimowolnie edukacyjna...
Jestem wdzięczna każdemu człowiekowi, który wniósł w moje zycie troche słońca. I choć o wielu z tych ludzi zapominam, choć nie powinnam!- mam ich w sercu. Tylko co stanie się z naszymi znajomościami wtedy, kiedy równie dobrze będą mnie wielbic tysiace obcych osób, a nie nawidzić najbliżsi? Nie chcę!
Jedyna rada na ten cyrk zwany showbizem, to trzymać się razem. I jest to własciwie rada na każdy cyrk, równiez ten zwany siedzeniem pod mostem. Trzymajmy się. I kochajmy.



komentarze [3]

Placebo- turpiści przełomu wieków, oraz inne fantazje rozstrojonego umysłu... >> czwartek, 1 listopada 2007 00:38:29
3000 wejść na blog. Hmm, czyżby święto?
19 października skończyłam 15 lat. Może małe podsumowanie...?
W książeczce upolowanego w ramach urodzinowego prezentu DVD Placebo "Once More With Feeling" znalazłam kilka bardzo frapujących i świetnej jakości czarno-białych zdjęć. I od razu nasunął mi się pogląd: Placebo to turpiści przełomu wieków. Przypomnię, iż turpizm (łac. turpis- brzydki) to określenie nurtu w sztuce, który cechuje umiłowanie brzydoty i wypaczenia... A więc, kochankowie Placebo, trudno o lepsze określenie. Zespół od zawsze był w pewnym sensie symbolem inności, skrajności, absurdu. W pierwszym z kolei teledysku na "Once More", "36 Degrees", zaraz na początku komentarza Brian mówi: "Oh, my God. I look like Marilyn Manson's younger sister...", i w zasadzie trzeba mu przyznać rację. Choć w pierwszej chwili opinia Bri wywołuje niepohamowany atak śmiechu. Młody Brian, w rozmazanym makijażu, chudy i wątły- jednak mający w swojej osobie magię przyciągania. Magnetyzm, za który wielu go pokochało.
Zdjęcia z książeczki: ściśnieta skóra, nieco włosów łonowych, chuda i słaba ręka, kobiecy tułów o nierównych małych piersiach pokrytych piegami. Placebo zawsze celebrowało piękno, które w ogólnie przyjętych kanonach uważane jest za brzydotę. Jakaż ta popkultura jest okrutna i ślepa- podziwiamy nierealne zdjęcia modelek, które z rzeczywistym wyglądem kobiet mają tyle wspólnego co nic. Ja osobiście właśnie to nieregularne, piegowate ciało uważam za ideał piękna. Być może dlatego, że moje jest zupełnie inne- blade, bez znamion innych niż blizny, z dużymi piersiami i udami. Podziwiam filigranowość, a przynajmniej niepełne kształty. Podziwiam przeciwieństwo samej siebie- niedościgniony wzór piękna. Chyba zawsze dążymy do tego, co właściwie nieosiągalne, prawda?
Nancy Boy pozostał sobą, choć nie widać tego na pierwszy rzut oka. Wiele się zmieniło, ostatnio na gorsze za sprawa odejścia Steve'a, ale formuła Placebo trwa. Nienaruszalna. Nie będę znów nudzić o biseksualiźmie, jednak jak wiadomo, orientacja to cecha wrodzona, która zostaje nam na całe zycie. Wiem, że nie zmieniły się u Briana poglądy na sprawy tolerancji i kontaktów międzyludzkich. I choć powierzchowność już trochę inna, bo włosy krótsze i sukienki tylko czasami, to wnetrze to samo.
Kilka lat temu Brian obciął się na łyso. I mogłoby się to wydawać największym stylistycznym błędem jego życia. Jednak nie było źle. Przy którejś z "łysych" fotek napotkałam komentarz: "Lipstick, eyeshadow and shaved head- only Brian Molko can make it beautifull". Kurewsko prawdziwe stwierdzenie.
Miałam urodzić się 2 listopada. Jednak 19 października to znacznie bardziej pogodny czas... Zabawne, jak miejsce i czas urodzenia może wpłynąć na nasze życie. Zdaję sobie sprawę, że wiele dzieci ma gorzej- porzucane i znieważane, niezadbane i niewychowane. Jednak jako element świata jestem egoistką i żądam możliwego lepszego świata dla siebie jako jednostki. Wszyscy musimy być trochę samolubni.
Wszystkich Świętych- i co by się stało, gdyby Zmarli byli wciąż z nami. Filozofia cierpienia; w tym dniu myślenie niesamowicie boli. Boli dusza, szczególnie mnie- szczęśliwie nie straciłam jeszcze większości najważniejszych dla mnie członków rodziny, co zmusza mnie do myślenia o tych których nie znałam, a dziś została po nich muzyka albo film. I przez sztukę czuję te dziwna bliskość, choć wcale ich nie znałam, a większość zginęła tragicznie... Uchronić od zapomnienia to najlepsze co możemy zrobić dla zmarłych artystów. My tez będziemy kiedyś potrzebować tej pamięci, choćbyśmy jej nie chcieli.
Mogłabym tu jeszcze wcisnąć skrótowa biografię swojego życia, ale po co. W kawałkach przekazuje ją w każdym wpisie. To wina mojego niepohamowanego ekshibincjonizmu- chodź, zobacz, jaki jest mój charakter, poznaj mnie od środka. Poczytacie wcześniejsze i następne wpisy, to zobaczycie.
Przepraszam, że piszę tak rzadko- jedno wyjaśnienie: CZAS. A raczej jego brak. Jednak to boli, gdy myśli, w sformuowanie których wkłada się serce, prawie nikt nie czyta. Wiem, że dużo muszę naprawić. Trochę wiary.
Przyjemnej szaroburej jesienności.

komentarze [4]

Wszyscy jesteśmy maleńkimi obrazkami na łuskach siedmiomilowego węża. Jezu, jest wielki... >> sobota, 13 października 2007 01:10:11
[Na pewno wiele zapomniałam tu dopisać; może poprawię notkę za kilka dni, tymczasem czytajcie, co serwuję. W uszach "Pretender" Foo Fighters i Pidzama Pe. Oraz White Stripes.]

Po raz kolejny, może piąty, a może dziesiąty- nie liczę, obejrzałam jeden z moich najukochańszych filmów, mianowicie Leona Zawodowca. Jezu, jaka w tym jest wrażliwość, jakie wyczucie, subtelność, zmysł "dotyku" widza. Jeden z najpiękniejszych filmów w ogóle.
Zaczynam w takich chwilach jak obecna zastanawiać się nad przypadkami w ludzkim zyciu. Widzę codziennie setki twarzy, których już nigdy więcej nie zobaczę- niektóre złe do szpiku kości, przeniknięte genetyczną skazą nudnego zycia dla podrzędnych wartości. I zastanawiam się, jak ci wszyscy ludzie, którzy nie skończyli jeszcze 18 lat będą wygladali za lat dobrych kilka, co będą w życiu robili. Moja nauczycielka języka polskiego, skądinąd bardzo miła osoba (a to się rzadko zdarza wśród nauczycieli, naprawdę), kilka miesięcy temu opowiedziała mojej niepoważnej i w ogóle nieuduchowionej klasie, jak to jeszcze kilka lat temu dość znany w naszym województwie człowiek, który zamordował dosyć niedawno kilka osób w mieście Złotoryja, a głośna to była afera, siedział przed jej biurkiem dokładnie na miejscu mojego kolegi, i taki był niepozorny...
Spotykamy po latach swoje miłości, pytamy "co u ciebie?" i dalej nie mamy już o czym rozmawiać. Albo przeciwnie, mamy i z każda minutą rozmowy i wspominania dostrzegamy miedzy sobą coraz więcej różnic, choc przeciez kiedyś byliśmy sobie tak bliscy. Boję się starsznie, że ktoś kogo kocham bardzo, chociaż go coraz bardziej nie rozumiem i dostrzegam, jak bardzo komponują się ze sobą nasze błędy, za kilka lat będzie dla mnie tylko pustym śmiechem. Boję się panicznie, że nalepię na niego etykietkę "największej młodzieńczej [cóż za ohydne słowo] miłości", a sama pogrążę się w przeraźliwie zwykłym małżeństwie wraz z jakimś przecietnym krótkowłosym inteligentem, powielając częściowo postępowanie moich rodziców. Bezlitosna genetyka, syndrom Dorosłych Dzieci Rozwiedzionych Rodziców, udowodniony naukowo. Choć nic na to nie wskazuje, nie potrafię być zupełna optymistką i myśleć, że przyszłość ułoży się dokładnie tak, jakbym tego chciała. Teraz siedzę przed komputerem- niewdzięcznym pudłem z plastiku i metalu bez duszy, z twardym dyskiem zamiast umysłu, i próbuję myśleć, łapiąc sama siebie za ogon, ze swiadomością, że w ten sposób do nieczego nie dojdę. Śmieszne, że mam przy tym jasną świadomość wyznaczonych celów, i nie realizuję ich po prostu dlatego, że gdy WRESZCIE mam czas, nie mam natchnienia. Bo natchnienie- cytując francuskiego poetę- jest jak dziecko: przychodzi na swiat niespodziewanie, zupełnie nie licząc się z poetą. Lub artstą w moim przypadku.
Tak jest, nieskromnie uważam się za artystkę. W moim życiu musi być trochę wysokiej samooceny, ponieważ było już za dużo negatywnych autoemocji. Mój stan umysłu na szczęście powiększył się w ciągu ostatnich kilku lat o tę wartość, że wiem, jak bezsensowne jest umartwianie się własnym wygladem.
Możecie stwierdzić, że jestem bezczelna, mam dopiero 15 lat i juz osądzam wszystko wokół, jakbym była co najmniej Gandalfem Siwobrodym. Nie taka moja intencja. Po prostu umiem słuchac i patrzeć, a tak się składa, że mnóstwo ludzi z wielkimi ambicjami przegrało z życiem.
Wszyscy jesteśmy maleńkimi obrazkami na łuskach siedmiomilowego węża. Smutno to stwierdzać, ale największe objawienia i wizualizacje w dziejach ludzkości miały przeważnie dwa źródła pochodzenia: narkotyki i seks. Interesuje mnie sama istota uzależnienia (ukłon w stronę Lady of the Flowers:), bo o uzależnieniach w moim domu mówi się odkąd pamiętam z powodów czysto zawodowych. Ja jednak oddzielam psychoterapeutyczną stronę dyskusji od duchowego aspektu nałogu.
To jeszcze jedna rzecz, za która podziwiam kochanego Briana Molko, mężczyznę, który nieświadomie bardzo zmienił mój żywot na lepsze. Brian brał w swoim zyciu niezliczone ilości przeróżnych narkotyków, a oparł się tylko heroinie. I z kazdej działki dragów wyszedł obronną ręką, tworząc przy tym niesamowicie magiczną, erotyczną i wciagającą muzykę. Choć od czasu pierwszej płyty- miał wtedy 21 lat- jego podejście do życia co najmniej trochę się zmieniło, Brian tworzy nadal i nadal robi makijaż. "To był jakiś pomysł na samych siebie, narkotyki i seks", jak powiedział Stefan Olsdal w jednym z wywiadów. OK, byli młodzi, jednak nie głupi... I czas łączenia seksu z muzyką na pewno nie był stracony. Zreszta w jakimś stopniu makijaż i seks weszły Im w nawyk...
Ale ja znów o miłości do Placebo. Tymczasem na temat reszty świata: lubię chwytać spojrzenia innych ludzi, analizowac ich zachowanie i poszczególne ujęcia w filmach. Takie filozoficzne skrzywienie. Kiedy zaczynam mówić o muzyce, filmie albo seksie, niestety mogę gadać bez końca... Ale dzięki temu wiem, ze nie przejdę przez planetę krokiem obojetnego ślepca, ale indywidualności, która polega na swojej inteligencji i intuicji. I cieszę się, że mam szansę to zrobić, cokolwiek się stanie.

komentarze [4]

Fuck. Soulmates never die???!!! >> środa, 3 października 2007 18:13:19
"Zespół jest jak rodzina." Słowa tak bardzo dobrze znane. A jednak ich znaczenie zostało zgwałcone przez ludzi, którzy je wyznawali.
Wczoraj wieczorem otrzymałam cios w samo serce, pod którym ugięły się moje kolana. W swoim życiu zniosłam już nieprzyzwoicie dużo. O jeden cios za dużo. Nastąpiło załamanie.
STEVEN HEWITT ODCHODZI Z PLACEBO. Po 10 latach, po tylu wspólnie nagranych piosenkach, przebytych trasach, spędzonych dniach. Rodzina się rozpada, i co dziwne z własnej woli jej członków. I am forever black eyed, a product of a broken home.
Teraz wszyscy ludzie NAPRAWDĘ kochający Placebo będą produktami rozbitego domu o czarnych oczach.
To Brian 10 lat temu "wywalił"- brutalne określenie zaczerpnięte z wkładki o Placebo w Teraz Rocku- z Placebo pierwszego perkusistę Roberta Schulzberga. Robert po prostu nie odpowiadał Brianowi. Ale to niemożliwe, by Brian tak samo postąpił ze Steve'm, ponieważ nie zabija się ludzi, których się kocha. Nie rani się ich z czystej fanaberii. Na razie po potworze zwanym internetem krąży w kółko jedna wypowiedź Briana: że zespół to rodzina, która może się rozpaść nawet po wielu latach razem. I że nieprędko ujrzymy następcę Steve'a, a Stefan i Brian wejdą wiosną sami do studia, by nagrać szóstą płytę. Nie wiem, o co chodzi, i teraz jestem zbyt skołowana, dobita i nieszczęśliwa, by szukać informacji. Może więcej dowiemy się niebawem.
Trzymajcie się, Prawdziwi Narkomani Placebo. Kocham wciąż, mimo wszystko.
komentarze [2]

Back. Moje miasto nocą. >> środa, 19 września 2007 21:54:45
Wreszcie po dwóch morderczych tygodniach znalazłam chwilę, żeby dla nielicznych czytelników (wyrazy uznania za cierpliwość do czytania) wystukać na klawiaturze trochę własnych przemyśleń.
Tak więc: nie wiem, czy was choć trochę interesuje opis moich wakacji, więc postaram się z tym streszczać. Były jak zwykle cudne, ale krótkie, choć, owszem, intensywne. Rachunek jest prosty: kilkudziesięciu nowo poznanych, świetnych ludzi, wyjazdy do Łodzi, w Bieszczady, jeden dzień w Krakowie, kilka koncertów, trochę stworzonej sztuki i kilka damsko-damskich pocałunków, bo jak zwykle na męską część społeczeństwa nie można liczyć, przynajmniej nie w sensie głębszych uczuć.
Nie mam za bardzo weny i energii, by napisać coś, co by miało w sobie dużą dawkę kreatywności. A co robię, kiedy nie wiem, o czym pisać? Piszę o tym, od czego jestem uzależniona. Czyli dzisiaj z licznych nałogów wybrałam największy: Briana Molko i okołotematykę Placebo. Znów.
Wiem, że to odrobinę głupie, co mówię, że pan Molko pomógł mi utwierdzic się w przekonaniu, kim jestem. Ale to jest, kurwa, prawda. To nie jest tak, że przez ćpanie muzyki Placebo i przekonania Briana nagle postanowiłam zostać biseksualistką. Człowiek się biseksualistą RODZI, a ja zdałam sobie sprawę z mojej orientacji sporo wcześniej... Mniej więcej gdzieś tak około rewolucji seksualnej w moim życiu w połowie 2006 roku. I mogę powiedzieć bez wstydu i skrupułów: tak! Tak, do cholery, podobają mi się kobiety! I transwestyci! I geje! I pociągają mnie maźnięte czerwoną szminką usta, perwersja, długie palce. I nie widzę w tym nic strasznego. Nie wiem tylko, dokąd zmierza moje życie.
Gdyby jutro niebo spadło nam wszystkim na głowę, to może, do cholery, nie było by tego problemu.
A tak, masz: cała filozofia życia i godziny rozmyślań każdego dnia.

Przeczytałam ostatnio- oczywiście pożyczoną od Kobiety, która jest damską miłością mojego życia- książkę "Lubiewo" Michała Witkowskiego. Coś pięknego, jeśli o "Lubiewie" można tak powiedzieć. Rzecz o gejach, a właściwie ciotach- w zasadzie transwestytach, bo preferujących damskie ciuchy. Na pewno jest tam trochę groteski i realizmu, ale są też ciekawe obserwacje psychologiczne. A tak, my lubimy obserwacje psychologiczne... Chociaż samego gadania o psychologii to ni trochę. W każdym razie, w "Lubiewie" Witkowski przedstawił zwyczaje ciot odd góry do dołu- i tak na przykład jedna (jeden?) z nich, pracująca jako stróż nocny w domu kultury, na nocnej zmianie uwielbiała wyobrażać sobie, że jest szesnastowieczną szlachcianką, z wielką peruką i w wielkiej sukni, i właśnie wybiera się na bal, zabijając wszy na swojej głowie specjalnym młoteczkiem. Wiem, obrzydliwe i nienaturalne. Sęk sytuacji jednak w tym, że dziś kazdy udaje lub marzy, by być zdolnym do udawania. Nawet ja... Bezustannie Brian, czarne paznokcie, nawet czarne pejsy i czarna grzywka. Wiem, że nigdy nie będę jego idealną kopią, zresztą byłoby to przerażające. Coś jednak podpowiada mi, by w jakiejś części siebie być częścią Briana. Jest człowiekiem, który pociągnął już za sobą wielu kochanków- jak sam mówi, "nie mniej niż dziesięciu, a nie więcej niż sześciuset". Wielu z nich to mężczyźni. Ja jestem kobietą, ale i biseksualistką. Brian Molko jest biseksualistą. Mamy ten komfort, że potrafimy kochać zarówno piękne kobiety, jak i interesujących mężczyzn. Obie płci, choć nie wszystko nam jedno. W społeczeństwie nie ma ogólnej świadomości o orientacji biseksualnej. Nie ma jej też w popkulturze- w filmach jeśli kobieta jest z mężczyzną, a on zobaczy ją całującą się z inną kobietą, scenariusz od razu sugeruje, że partnerka jest podłą kłamczynią i lesbijką. Nie tędy droga. Może urażę w tej chwili część z państwa, ale uważam, że tak naprawdę na świecie nie ma ani jednego człowieka o orientacji heteroseksualnej, ponieważ jeżeli mielibyśmy możliwość, to korzystając z bogatego wachlarza znajomości nie dbalibyśmy o płeć partnerów.
Po co piszę to wszystko tutaj, na blogu, na który każdy przy odrobinie dobrej chęci może zajrzeć? Właśnie dlatego, że miałam ostatnio kontakt z wieloma różnymi osobami, osobowościami i spojrzeniami na świat. Nie chcę, by uważano mnie za lesbijkę, by moje mniej zaufane koleżanki- które jednak również darzę sympatią i nie chcę stracić tego kontaktu- bały się, że zacznę je podrywać. To kolejny idiotyczny stereotyp. Nie wiem, jak to jest w środowiskach homoseksualnych, jednak większość biseksualistów nie szuka partnera tak rozpaczliwie, by zalecać się do każdej jednostki, obojętnie jakiej płci by była. Wynika to z mojego- przepraszam! naszego- komfortu wyboru płci, o którym wspomniałam już wcześniej. Albo kochamy albo nie, jak normalni (co za obrzydliwe słowo) ludzie. I nie robię tutaj za rzecznika wszystkich biseksualistów, ale taka jest rzeczywistość. A jeśli ktoś czuje się urażony tym, co mówię, to śmiało może się ze mną pokłócić.
Tak, nigdy nie będę taka jak Brian, choćbym mogła, to byłoby przerażające. Jestem kobietą, kobietą na pewno nie tak drobną i chudą jak Bri, kobietą o zbyt dużych piersiach, by schować je pod czarnym swetrem. Przeważnie noszę też okulary. I mam za ładne włosy (cóż za skromność! Nancy Boy...), by ściąć je o połowę i ufarbować na czarno. Mam swój własny styl, rozpoznawalny i raczej kontrowersyjny. To kolejny element mojej ekshibincjonistycznej biseksualnej osobowości.
Niby mamy największy wybór partnerów i największą swobodę, ale jednak... Często zastanawiam się, co będzie dalej. Nie umiałabym żyć z kobietą. Jeśli zakładać dom i rodzinę, to tylko z mężczyzną. Nie wiem, czy zachowają się wszystkie przyjaźnie, na których mi zależy, bo coraz bardziej trace wiarę w ich sens. Kocham ludzi, którzy nie odwzajemniają mojej miłości, oddaję moje uczucia i uwagę ludziom, których potrzebuję, choć oni zdają się nie potrzebować mnie.
Pamiętam wieczór filozoficzny- Sokrates Cafe- kilka dni przed zakończeniem Gestaltowskiego Obozu A.D. 2007. Mówiliśmy o sensie życia, o miłości, o tym, czym właściwie jest człowiek, czym jest życie. No bo czym jest? Człowiek- sumą oddechów, życie- czasem między pierwszym oddechem a ostatnim westchnieniem. Człowiek niemal niczym w otaczającym go kosmosie, życie jedynie chwilą. Chciałabym się nie spieszyć. Jednocześnie zastanawiam się, co będzie za parę lat, biorrąc pod uwagę takie przyziemne zagadnienia jak to, jaką szkołę i z jakim wynikiem skończę, czy znajdę mieszkanie i pracę na studia, ale również czy moja miłość, krucha i niepewna względem przyszłości, przetrwa, jak często będzie mi dane uprawiać seks i z kim, czy uda mi się rozwinąć mój zespół i tysiąc innych spraw. W sierpniowym numerze magazynu "Weranda" ukazał się artykuł "Młyn spełnionych marzeń", w którym został opisany dom mojego ojca chrzestnego i jego rodziny. Tekst zaczyna się od opisu jego marzeń o domu na wsi, które posiadał od wczesnej młodości, i opowiada o stopniowej realizacji w tej chwili prawie dokończonego marzenia. Śledząc w myślach całą historię Młynu Spełnionych Marzeń, nabieram coraz większego podziwu dla uporu i wiary w pragnienia, jakie doprowadziły do jego powstania. Kłócimy się, godzimy, rozstajemy i poznajemy, i tak przez lata, ale w niektórych osobach- na przykład we mnie- pragnienie wiecznego dążenia naprzód i odkrywania nowych rzeczy- jest zbyt silne, by żyć spokojnie. Żyję więc w ciągłym niepokoju, próbując planować i w miarę możliwości przewidywać. I okropnie wkurwia mnie fakt, że nie wiem, czy uda się wszystko, co sobie zaplanowałam, bo niewiedza nie zawsze jest podniecająca.
Nie słucham rocka od dziś, nie od dziś czytam poważne książki. Nie od dziś zastanawiam się nad światem, cheć odkrywania wyniosłam z domu, i nigdy nie zmieniałam się dla kogoś. Ale w sumie chyba urodziłam się, by coś zmienić.
Znacie to przeczucie? I ilu z Was jak dotąd UDAŁO się coś zmienić?
Mi MUSI się udać.
Na szczęście posiadam takie cechy jak wolność, szczerość i nadzieja. Zobaczymy kogo poznam, pokocham, czy będę wydawać płyty, czy rysować jako znana tylko w undergroundowych kręgach szalona artystka.
"Urodziłam się w Łodzi, nie w Nowym Jorku..."
Mam mało czasu. Ale chyba wystarczy żeby zrobić coś znaczącego.


komentarze [11]

...On holidays. >> niedziela, 15 lipica 2007 10:07:05
No tak, wakacje.
Po RHCP druga partia rozrywki.
góry ze sponsor Haller a potem lansuję się w Łodzi.
I muszę iść, proszę czytać poprzednie notki i nie zawieść mnie w sprawie komentarzy.
Założyłam photobloga. http://applevirgin.pb.pl
To na tyle. Przyjemnych wakacji.
Bye!
komentarze [1]

Red Hot Chilli Peppers w Chorzowie. Genialne. >> czwartek, 5 lipica 2007 01:04:31
Zaraz przejdę do rzeczy, ale najpierw ogłoszenie: CZY PAN/PANI/PAńSTWO, KTóRZY ZERWALI MI WCZORAJ MOJą FLAGę Z PLECóW, KIEDY WYCHODZIłAM WEJśCIEM NR. 1 ZE STADIONU śLąSKIEGO W CHORZOWIE, BYLIBY łASKAWI MI Ją ODDAć??? Wiem, może to szukanie igły w stogu siana, ale to czyste chamstwo, żeby wyrywać komuś w tłumie flagę oryginalną, robioną ręcznie przez kilka dni, flagę, w którą ktoś (znaczy się ja i pani M.Z.) włożył tyle serca i pracy. Tak więc PODAJę GG DO KONTAKTU I DO ZWROTU: 7559779. No, wkurzyliście mnie.
Więc może przejdę teraz do obiecanej relacji z koncertu Red Hot Chilli Peppers na stadionie Śląskim w Chorzowie.
Najpierw powiem o tym, co mi się nie podobało, żeby później móc w spokoju zacząć się rozpływać nad kunsztem rockowego grania chłopaków. Oczywiście, jak już mówiłam, nie podobała mi się kradzież mojej flagi, która została mi po prostu brutalnie zerwana z pleców w 60-tysięcznym tłumie- nie zgubiłam jej ani nie upuściłam. Doszłam również do wniosku, że nie fair wobec innych fanów jest koczowanie pod stadionem poprzedniego dnia, żeby trzeciego lipca zaraz po otwarciu stadionu dostać zielone oczojebne brokatowe opaski dla uprzywilejowanych dwóch tysięcy mogących
stać pod samą sceną. Tym bardziej, że my, lud nieuprzywilejowany, gnietliśmy się przy barierkach jak sardynki w puszce i mdleliśmy nawet co poniektórzy, a wy jakbyście upchnęli się w tym swoim podscenicznym sektorze tak jak my, to mogłoby się nas zmieścić tam drugie tyle. Po prostu marnotrawstwo dobrych miejsc, tyle. I żadna demokracja, no bo co: że nie mogę podejść pod scenę, bo nie koczowałam pod stadionem???
A oprócz tego tradycyjnie: zakaz wnoszenia napojów w butelkach i nadmuchani ochroniarze z zatyczkami w uszach (idioci, taki koncert, dla nich za darmo, a ci nie chcą nic słyszeć). No i oczywiście beznadziejny support- i nie mówię tu o genialnym Jet, tylko o beznadziejnym i obleśnym amerykańskim raperze Mickym Avalonie. Koleś wyszedł na scenę w siatkowym podkoszulku i z dwiema dziwkami, zachowując się jak najwyższej klasy hiphopowy gwiazdor (o ile w hip hopie można w ogóle mówić o gwiazdorstwie z klasą). Porapował trochę, mając gdzieś setki ludzi pokazujących mu środkowe palce, nawet nieźle się rozkręcił, ale musiał iść (oh! jaka szkoda), więc zabrał bardziej rozebrane niż ubrane laski z łańcuchami na szyjach i na szczęście, dzięki ci Smerfie, poszedł sobie.
Chwila przerwy, a potem wszedł Jet. I tu zaczął się dobry rock'n'roll. Kilku energicznych kolesi, którzy po prostu łoją dobrze na gitarach, i nie potrzebują robić sztucznego zamieszania na scenie. Rozumiem, że dla niektórych zespołów (na przykład właśnie RHCP albo Placebo) jest to ważny element gry scenicznej, ale, jezu- Micky Avalon był, przepraszam bardzo, żAłOSNY. Natomiast Jet przyszedł, skutecznie rozruszał publiczność i zagrał świetny rockowy koncert. Szczególnie dobrze wypadło oczywiście "Are you gonna be my girl", bo skakaliśmy jak małpy w kąpieli.
Dobra, dosyć pieprzenia. To miała być relacja z koncertu Red Hot Chilli Peppers. Pierwszego ich koncertu w naszym kraju. Koncertu genialnego, wbrew skandalicznym opiniom internautów, którzy wybrzydzają jak szaleni i bez żadnych ograniczeń. Idioci. Przecież RHCP naprawdę dali świetny koncert, postarali się, a że nie robili wielkiego show i nie gadali tyle z publicznością, tylko skupili się na muzyce, to im się tylko chwali. Najpierw na scenę weszli muzycy, zagrali jeden instrumentalny utwór,a potem na scenę krokiem jelenia odurzonego marihuaną wskoczył owinięty jakąś tam flaga Anthony i zaczął się rzucać tak jakby miał 25, a nie 45 lat. Najpierw było Can't Stop. Spociliśmy się jak myszy, ale szczęścia i satysfakcji nie da się opisać. Widok miałyśmy nawet niezły, drugi rząd przy tych nieuprzywilejowanych (o zgrozo, jak to brzmi) barierkach. Potem poszła "Dani California". Do góry jak kangury. A potem jeszcze wiele innych wspaniałych piosenek, bo każda piosenka Red Hot jest wspaniała. I tutaj słówko do ludzi trudniących się pisaniem idiotycznych komentarzy na mojego bloga- zawsze słuchałam rocka i nie potrzebuję sobie udowadniać, że jestem prawdziwą rockmanką. Mam rocka we krwi, nigdy nie słuchałam innej muzyki, mam po prostu takie geny (tatuś stary rockman i matka słuchająca w ciąży Nirvany- to się musiało na mnie odbić.:). A że zachwycam się Placebo, RHCP i innymi?! Przecież właśnie uwielbienie im się należy za muzykę, jaką tworzą. I nie widze w nich tylko i wyłącznie bogów, ale ludzi, którzy po prostu jakimś przypadkiem tworzą cudną muzykę. Tyle. I, na rany Jezusa, nie jestem pseudem.
Potem zagrali Scar Tissue. Było bardzo nastrojowo. Zaczynało już zachodzić słońce, ktoś tam w górze latał na paralotni (fajny pomysł na darmowy koncert). Nie rozumiem głosów typu "beznadzieja, tragedia, popierdówa". Nie doceniliście w większości starań chłopaków. Podczas solówek- bardzo emocjonalnych i intensywnych- John Frusciante uśmiechał się do tej wiernej i oddanej części publiczności, która nie gwizdała, kiedy niemal płakał, wkładając serce i duszę w swoją grę. Tak, John niemal płakał. Widziałam. Dlaczego nie doceniacie tych emocji?
Było też szalone "Emitremmus" z bzyczącym wersem "an English girl, American man" i energicznym refrenem, przy którym wszyscy zaczęliśmy na dobre wariować. Kilka ciepłych słów należy się niezwykle miłym ludziom, którzy, choć całkiem obcy, swoją obecnością i przyjaznymi słowami przez cały koncert nas wspierali i pomogli nawet rozłożyć i pokazać światu naszą świętej pamięci flagę, którą sfilmowali nawet panowie z kamerami. Podobno byli to panowie z TVNu. Może tak mały występ w tiwi...?;)
Nadszedł nie wiadomo kiedy i dlaczego tak szybko ostatni utwór, końcowy jam Chada, Flea i Johna, ostatnie chwile kontaktu wzrokowego ze sceną. I te solówki. Ludzie może myśleli, że zobaczą show w stylu Rolling Stones, ale ja się nie zawiodłam. W końcu Chad, Flea i John to jedni z najlepszych muzyków na świecie, a Anthony ma niepowtarzalny głos. Nie byliśmy tam po to, żeby narzekać, ale żeby cieszyć się z ich śWIETNEGO koncertu i z tego, że w ogóle wreszcie przyjechali. I włożyli w ten występ wiele serca. Postarał się Flea z solówkami na basie, John wyglądający dziwnie chłopięco w swoich krótkich włosach i poświęcający zdrowie swoich palców, byleby tylko zagrać dobry jam na koniec. Chad uderzający w bębny z astronomicznie funkową mocą. Jeśli nie byłeś tam z miłości, to po co w ogóle jechałeś? Żeby potem powiedzieć, że było do dupy?! Zagrali genialnie.
Porcelano, czy masz księżyc w łonie?
komentarze [12]

archiwum

2006
czerwiec (3)
wrzesień (5)
październik (2)
listopad (2)
grudzień (2)

2007
styczeń (1)
luty (2)
marzec (4)
kwiecień (2)
maj (2)
czerwiec (3)
lipiec (2)
wrzesień (1)
październik (2)
listopad (1)
grudzień (2)

2008
styczeń (1)
marzec (1)
kwiecień (1)
maj (1)
czerwiec (1)
wrzesień (1)

2009
styczeń (1)




o mnie

Tutaj możesz napisać pare słów na swój temat.


linki

link link link link link link link link link link link link link link link


layout

By Tyroksyna dla Layout4you
Pic from Foto Decadent